Wszelkie prawdziwe życie jest spotkaniem...

Dodane 10.01.2012 przez Bartosz Biegun

 

...powiedział kiedyś Martin Buber.

I drgnęło w posadach to co niemożliwe.

Czasem wystarczy jedno zdanie rzucone jak ziarno. I potem już trzeba tylko wielkiego wysiłku wszechświata, porządku natury, deszczu, wiatru, słońca, aby odnalazło w sobie to co najistotniejsze. Aby zaczęło wzrastać swoją wartością i mnożyć ją najpiękniej jak potrafi. Ważne rzeczy w małych słowach znajdować się lubią. Nie trzeba im oratorskiego zadęcia. Ziarno rzuconego słowa w milczeniu i namyśle duszy wzrasta. A potem już niemożliwe możliwym się staje. Nad potęgą słowa, które realizuje dialog, tworzy wyjątkowe spotkania.

 

Byliśmy w Izraelu! Odwiedziliśmy naszych przyjaciół ze szkoły w Yavneh!

Przez tydzień mieszkaliśmy w żydowskich rodzinach, poznawaliśmy ich codzienne życie i zwyczaje. Uczestniczyliśmy w rodzinnych świętach i piątkowym szabasie. Mieliśmy okazję zobaczyć jak wyglądają ich zajęcia lekcyjne. Przegadaliśmy morze wieczornych i nocnych godzin, nawzajem chłonąc swoje zainteresowania, pasje, radości, obawy. Podczas naszych spotkań z zapamiętaniem i wspólną radością obracaliśmy w proch dawne stereotypy...

 

Zwiedziliśmy Jerozolimę, Galileę, pustynię Judzką. Płynęliśmy „piotrową” łodzią po jeziorze Genezareth, podziwialiśmy potęgę Masady, kosztowaliśmy cudownej kąpieli w Morzu Martwym. W milczeniu żegnaliśmy Yad Vashem...

I jeszcze Betlejem, Jaffa, Tel-Aviv, Akka, Cezarea, góra Tabor, Qumran i jeszcze i jeszcze...

 

A co dalej? Robimy wszystko, aby wiosną tego roku gościć w naszych domach młodzież z Izraela. Nie jest to łatwe, bo to sytuacja bez wcześniejszego precedensu. Wierzymy, że nam się uda. Bo podobno kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat działa potajemnie, by udało ci się to osiągnąć....

Renata Skorczyńska

Daniel Dziuban-Szot 3A

 

...Ręcznik zapakowany, buty, skarpetki, dokumenty…. O czymś zapomniałem ? Pampersy !!! Przecież pierwszy raz lecę samolotem, w dodatku do kraju w którym toczy się wojna, żołnierze chodzą po ulicach uzbrojeni po zęby a przeciwnicy polityczni wysadzają się w powietrze z radosnym okrzykiem „Allah Ak Bar!” – przynajmniej taki obraz tworzą media usilnie próbując nam wmówić, że to ma coś wspólnego z rzeczywistością, w której żyją tamtejsi ludzie. Na szczęście dziewięciodniowy pobyt w Izraelu tylko upewnił mnie w przekonaniu, iż nic takiego nie ma miejsca. Nad ranem dotarliśmy na lotnisko Ben Ghurion. Po krótkiej rozmowie i odprawie po raz pierwszy oficjalnie znalazłem się na terenie Izraela i mogłem zapomnieć o zaczynającej się na dobre polskiej zimie.
Wszyscy Izraelczycy okazali się ludźmi otwartymi i szczerymi, mającymi niezliczone pokłady humoru.... Najbardziej zdziwiły mnie relacje panujące między uczniami – wszyscy znali się ze sobą, traktowali się z wzajemnym szacunkiem, mówili sobie zapomniane w Polsce „cześć”, wiedząc, że da się liczyć na życzliwą, a nie na łaskawą odpowiedź .
Większość wolnego czasu w Yavne spędziłem z Yotamem który okazał się bardzo otwarta osoba. Nasze relacje były więcej niż poprawne. Miałem ogromne szczęście, ze trafiłem do rodziny, która szybko zacząłem traktować jak swoja własną. Stałem się bratem i synem mogącym zwrócić się z prośba o pomoc w każdej sprawie, dzieląc się swoimi odczuciami i przemyśleniami podczas wielogodzinnych rozmów, jednocześnie ćwicząc język angielski tak ważny w dzisiejszych czasach dla każdego młodego człowieka. Proszę mi wierzyć na słowo, iż rządny wiedzy odnośnie opinii mojego Izraelskiego brata na różne tematy, potrafiłem spędzić noce poznając jego kulturę, zwyczaje i poglądy. Jednak największym zaskoczeniem była możliwość uczestniczenia w Szabacie, podczas którego częstowano mnie rożnymi tradycyjnymi potrawami – do dzisiaj czuję w ustach smak pysznej wołowiny, którą ku mojemu zaskoczeniu przygotował sam Pan domu ! Uświadomiłem sobie wtedy jak ważnymi aspektami w życiu każdego Izraelczyka są tradycja i religia. Wspólny posiłek zaczął ów Pan domu – ojciec Yotama czytając słowa z Tory, następnie podzielił chleb miedzy siedzących i uroczyście powitał mnie jako gościa rodziny… Na zakończenie pokuszę się o przekształcony cytat ze znanego filmu - „Israel I’ll be back !”

 

Ela Dworak 2A

To, że mogliśmy mieszkać z izraelskimi rodzinami, a nie np. w hotelu było, moim zdaniem, najlepszą częścią naszej wyprawy. Dzięki temu poznaliśmy ich małe radości i problemy, zobaczyliśmy, że nie mieszkają w schronach.

Nie da się wycenić wspomnień jakie dała nam ta podróż. Pierwszy raz w życiu widziałam jak Żydzi obchodzą to cotygodniowe święto. Według tradycji najpierw najstarszy mężczyzna odmawia specjalną modlitwę. Kobiety w tym czasie siedzą, a mężczyźni stoją (oczywiście mając na głowach jarmułki). Po tym następuje obrzęd z winem (względnie sokiem winogronowym). Każdy z biesiadników musi upić łyk napoju z kieliszka. Naczynie jest podawane najpierw wśród mężczyzn potem pośród kobiet, w kolejności od najstarszego do najmłodszego. Ostatnim z tradycyjnych, można powiedzieć, rytuałów jest zjedzenie chleba posypanego solą. Potem na stole powinna pojawić się ryba. Mama naszej Einat, Shoshana, przygotowała pysznego łososia w sosie pomidorowym. Później na stole pojawiło się jeszcze więcej doskonałych potraw. Zrobiło się bardzo wesoło. Szabas zgromadził w domu całą rodzinę, także siostrę Einat, która przyjechała na uroczystą kolację z Tel- Awiwu. Po zjedzeniu wszystkiego (a było tego bardzo dużo  ) śpiewaliśmy różne piosenki (hebrajskie i inne), a Inbal, siostra Einat, zaczęła tańczyć. W takiej roześmianej i radosnej chwili było jednak kropla goryczy. Szabat wypadał w ten sam dzień, w który musieliśmy wracać do domu. Jestem jednak pewna, że wspomnienie tej kolacji pozostanie we mnie na zawsze. Być może z czasem zatrze się w mej pamięci, ale nigdy nie zniknie.

 

Nika Radziun 2A Cóż, bardzo trudno jest wybrać jedno wspomnienie, gdyż ogrom wrażeń, jakich doznaliśmy, wcale nie ułatwia nam wyboru. Jednakże myślę, że najwspanialszą rzeczą, jaką dane było mi zobaczyć były te niezapomnianie widoki z Masady. Nawet nie same ruiny, tylko te widoki. Z jednej strony góry Pustyni Judzkiej łączące się w coś na kształt Wielkiego Kanionu. Z drugiej Morze Martwe, które na tej suchej ziemi dzięki swemu błękitowi wygląda jak fragment nieba. A w jeszcze inną stronę widać łopocząca na wietrze flaga Izraela i latającego wokół niej ptaka. Czy to nie wystarczy, żeby zakochać się w tym kraju? Tylko tam można znaleźć tyle różnorodności: Żydzi, Arabowie, Ormianie, katolicy, prawosławni, grekokatolicy, koptowie. Wszystko w jednym, stosunkowo małym państwie. Prawie tak jak na pustyni, tu ten kawałek słonego „nieba”, po drugiej stronie skaliste góry, a kilkaset metrów dalej jakieś zielone uprawy lub stado kóz wypasanych przez Beduinów. Mało jest miejsc na Ziemi, gdzie tyle rzeczy obok siebie tak pięknie się łączy.

 

Zdarzenie, które z całego wyjazdu najbardziej zapadło mi w pamięć, miało miejsce na polsko-izraelskiej integracyjnej imprezie u Li. Ktoś puścił bardzo głośno muzykę, a tu, jak na złość, nikt nie chciał tańczyć. Chwyciłam więc za ręce pierwszą osobę, którą zobaczyłam, to chyba była Agnieszka, no i poszłyśmy w tany. Kilka sekund później dołączyła do nas młoda gospodyni. Zaraz po niej – kolejni, kolejne, bez względu na to, czy z Polski, czy z Izraela. Koło stawało się coraz większe i większe, aż wreszcie zdaliśmy sobie sprawę z tego, że tańczą wszyscy, łącznie z tymi, którzy parę chwil temu nie chcieli nawet wstać z kanapy. W którymś momencie mignęła mi przed oczami twarz Afika, chłopaka, u którego mieszkałam. Rozpromieniona, uśmiechnięta – dokładnie taka, jak pierwszego dnia, gdy ze śmiechem mówił mi, że mam się nie bać jego dwóch wielkich psów (na ich widok musiałam zblednąć jak ściana...) i razem z rodzicami przygotowywał mi jedną z najpyszniejszych kolacji, jakie w życiu jadłam. Przez okrągły tydzień codziennie rozmawialiśmy o wszystkim (wszystkim - wszystkim!), choć głównie o sprawach sercowych (które w Izraelu mają zazwyczaj podobny przebieg, co w Polsce), o pomysłach na przyszłość (Izraelczycy w podobnym stopniu, co Polacy, do ostatniej chwili nie wiedzą, co chcą robić w życiu) i o muzyce (Izrael słucha tego, co Polska!). Bo Izrael to nie jest ani kraj na końcu świata, ani piekło. Izrael jest taki, jak Polska. Może tylko ludzie są trochę sympatyczniejsi ;)

 

Może to, co napiszę, będzie dość banalne, ale tej atmosfery nie da się ująć w słowa, tam trzeba pojechać, poczuć to, powąchać owoce i przyprawy na bazarze, zobaczyć kwitnące w listopadzie kwiaty, uśmiechać się na widok rozpanoszonych kotów... Kiedy przylecieliśmy do Izraela, pierwszy widok, jaki zobaczyliśmy, to był Tel Awiw o wschodzie słońca. Gdy wyjeżdżaliśmy, widzieliśmy Tel Awiw nocą. Obydwa widoki były przepiękne, aż prosi się, żeby w opisie użyć jakiegoś „naj”. Bo cały ten wyjazd był najlepszy z najlepszych. A już w ogóle najlepiej by było, gdyby udało się go powtórzyć; pewnie, niestety, już nie z tą samą ekipą... Cudowna byłaby możliwość stworzenia regularnej wymiany V Liceum z Ginzburg Haoren. Oby się to udało... W każdym razie – JA CHCĘ TAM WRÓCIĆ!!!

 

Basia Gazda 2A

Z życia z rodzinami żydowskimi najmilej wspominam piątkowy wieczór, gdy moi gospodarze zabrali mnie do rodziny Mamy mojej przyjaciółki – Netty na rodzinną kolację z okazji Szabasu. Zostałam przyjęta w tej licznej rodzinie (Netta ma sześć cioć i wujka, a każde z nich założyło rodzinę) bardzo ciepło, serdecznie i naturalnie. Pozytywnie zaskoczył mnie fakt bardzo poważnego traktowania tradycji Szabasu. Cała rodzina co tydzień zjeżdża się do domu Dziadków Netty i razem w bardzo ciepłej atmosferze spędzają rodzinny wieczór. Jedyną osobą, która była nieobecna był kuzyn Netty, który odbywa służbę wojskową i nie mógł w ten dzień przyjechać. Mimo, iż spędzałam ten wieczór wśród rodziny, która miała mnóstwo swoich spraw, ani chwili nie poczułam się osamotniona. Rozmawiałam z moją „drugą rodziną” na wiele tematów, również porównywałam polskie i żydowskie tradycje. Był to równocześnie dzień wyjazdu naszej grupy z Izraela i zaproszenie na kolację było jednocześnie miłym akcentem pożegnalnym.

Największe wrażenie zrobiła na mnie wizyta w Yad Vashem. Mimo, że byłam już wcześniej w Aushwitz, to pobyt w Instytucie Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu przywrócił te wspomnienia ze zdwojoną siłą. Największe wrażenie zrobił na mnie memoriał dzieci oraz muzeum główne. Jedynym minusem zwiedzania było to, że spędziliśmy tam tak mało czasu.

Wyjazd do Izraela był chyba jednym z najlepszych wyjazdów w moim życiu. Doświadczenia zebrane tam wzbogaciły moją osobowość i mam nadzieję, że rozpoczęty przez nas program wymian z Izraelem będzie dłużej kontynuowany, aby jak najwięcej osób mogło z niego skorzystać. Myślę, iż pomoże on budować lepszy obraz naszego kraju w oczach obcokrajowców.

Bartek Kwiatkowski 2A

Przyznam się szczerze, że przed wyjazdem nie miałem bladego pojęcia o Izraelczykach i nie wiedziałem czego mogę się spodziewać na miejscu. Jednak już po paru godzinach spędzonych z Razem i jego rodziną okazało się, że są zadziwiająco... normalni. Poznając ich zwyczaje, zainteresowania oraz styl życia można powiedzieć, że od typowej zachodnioeuropejskiej rodziny, rodzina Raza różni się wyjątkowo niewiele. Zarówno on jak i jego koledzy i koleżanki, z którymi spędzaliśmy wieczory, są wspaniałymi pozytywnie nastawionymi do życia ludźmi, mającymi swoje plany i marzenia. W ich codziennym życiu prawie nie widać ogromnego zagrożenia jakim jest dla nas coś już abstrakcyjnego i odległego, czyli wojna, która kładzie się jednak cieniem na spokoju ich życia. Podczas tygodnia pobyto w domu Raza zauważyłem wiele rzeczy, których moglibyśmy się od nich nauczyć. Tamtejsze rodziny są znacznie bardziej zżyte, wspierają się i stanowią całość na co dzień, a nie tylko od święta jak u nas.

Całe to przeżycie znacznie zmieniło mój sposób patrzenia na tamtejszych ludzi. Izraelczycy to teraz dla mnie nie tylko Żydzi, lecz mili, podobni do nas ludzie, żyjący mimo wielu abstrakcyjnych dla nas problemów zadziwiająco normalnie. A w domu Raza schron pełni obecnie rolę spiżarni i mam nadzieję, że tak zostanie.
Ziemia święta, która jest dla nas czymś bardzo odległym, okryta jest w naszej kulturze, nawet dla niewierzących pewną tajemniczą, magiczną atmosferą. Odwiedzenie tych miejsc, tak głęboko zakorzenionych w naszej kulturze jest bardzo specyficznym przeżyciem. Warto jednak pamiętać, że Izrael to nie tylko Betlejem, Nazaret i liczne Kościoły, ale także kolebka narodu żydowskiego i jego przebogatej kultury, która nie ma odzwierciedlenia w żadnym innym miejscu na świecie. Dla mnie osobiście największym przeżyciem było odwiedzenie Ściany Płaczu, a w szczególności chwila, kiedy uświadomiłem sobie, jak stare są tamtejsze kamienie i ile noszą w sobie historii, niesamowici ważnej także dla mnie z religijnego punktu widzenia. Wyjątkową atrakcją było również dla mnie Morze Martwe, wydaje się, że zjawisko jakie tak zachodzi jest dla nas zrozumiałe i oczywiste oraz, że uczyliśmy się o tym tysiąc razy, ale odczucie tego na własnej skórze robi zadziwiające wrażenie. Wyjazd ten uznaję za bardzo cenne przeżycie, które na pewno zapamiętam na długo.
Kuba Korzycki 2B
Mój pobyt w rodzinie Avital Kahani nie obfitował być może w tyle wzruszających chwil, co u innych, lecz niewątpliwie był przyjemny i rozwijający. Zostaliśmy przyjęci bardzo gościnnie, nie brakowało nam dosłownie niczego. Zakwaterowano nas w pokoju starszego brata Avital, odbywającego w tym czasie służbę wojskową. Na wejściu powitały nas plakaty z wojska (brat służył w artylerii) i szalik z mottem Vi veri veniversum vicus vici (Siłą prawdy, Ja, człowiek żyjący, podbiłem Wszechświat).

Rodzina Avital stanowiła prawdziwą etniczną mieszankę, doszukać można się było krwi niemieckiej, rosyjskiej, izraelskiej. Rodzice chętnie odpowiadali na nasze pytania, przy wspólnych kolacjach dyskutowaliśmy na tematy związane z kolejnymi dniami naszej wycieczki, jak i Izraela w ogóle. Ich punkt widzenia na pewne sprawy, jak choćby konflikt Izraela z Palestyną, był dla mnie cennym, wzbogacającym doświadczeniem. Poza tym wspólnie z Michałem Pokrowieckim poznaliśmy izraelskie łamańce językowe (obowiązkowy punkt każdej wyprawy za granicę), stereotypy i dowcipy tyczące się Polaków (a zwłaszcza naszych pań, często postrzeganych w Izraelu jako marudne i wiecznie niezadowolone  ), oraz kilka sposobów jak zjeść popularny izraelski przysmak – Krembo. Tydzień pomieszkiwania z rodziną w spokojnym Yavneh stanowił świetne uzupełnienie pełnego wrażeń dnia zwiedzania i pozwolił mi lepiej zrozumieć Żydów.

Michał Pokrowiecki 2A

Wizyta w Jerozolimie, choć niezwykle wyczerpująca, a ze względu na niesprzyjającą pogodę średnio komfortowa, była niezwykła w każdym calu. Dla tych, którzy swój światopogląd opierają na wierze stała się potężnym przeżyciem mistycznym, a dla chłodnych realistów równie niesamowitym doświadczeniem estetycznym. Stare Miasto i jego mieszkańcy to niespotykana nigdzie indziej mieszanka kulturowa. Podzielone jest ona na cztery dzielnice zamieszkane przez ludzi różnych narodowości i wyznań. W dzielnicy żydowskiej, najspokojniejszej ze wszystkich znajduje się najświętsze dla wyznawców Judaizmu miejsce, Ściana Płaczu. Na pierwszy rzut oka to niepozorny fragment masywnego muru, jednak będąc w jego obecności prędko zaczyna się odczuwać jego majestat, aurę sacrum. Ściana jest symbolem stałości, trwania w świecie pomimo wszelkich przeciwności losu.

Masada, starożytna, żydowska twierdza, doprowadzona do doskonałości przez Heroda Wielkiego, później zaś stanowiąca ostatni punkt oporu dla broniących się przed rzymianami powstańców w wojnie żydowskiej, w 73 roku n.e. Wzniesiona na szczycie olbrzymiego płaskowyżu, w czasach dzisiejszych stanowi gigantyczny kompleks ruin i stanowisk archeologicznych. Do dziś potężne konstrukcje emanują siłą, a przemyśle rozwiązania architektoniczne świadczą o wysokim kunszcie dawnych budowniczych. Wielkości i dostojności tego miejsca dopełniana jest przez zapierające dech w piersiach widoki. Dzięki historii żydowskich zelotów, którzy świadomi bezcelowości swej obrony postanowili pozbawić się nawzajem życia, niż upaść pod rzymskim jarzmem, Masada stała się symbolem heroicznej walki do samego końca i nieustępliwości. W naszych czasach, izraelscy młodzi żołnierze wspinają się w pełnym ekwipunku na szczyt płaskowyżu, przechodząc przez prawdziwą mękę, by złożyć swą przysięgę, której jednym ze zdań jest „Masada nigdy więcej nie zostanie zdobyta”.

Jak już wspominałem, najciekawsze konwersacje odbywały się podczas wspólnych posiłków. Ze względu na to, iż brat Avital znajdował się w wojsku mogliśmy z pierwszej ręki dowiedzieć się nieco o jego działaniach, strukturach i rządzących nim zasadach. Poznaliśmy też fenomen kulinarno-społeczny, jaki stały się dla Izraelczyków ciastka z toną bitej śmietany oblane czekoladą, zwane Crembo. Deser ten jest rzeczą tak istotna w społeczeństwie Izraela, że jedno z podstawowych pytań towarzyskich zadawanych w tym kraju brzmi „Jak jesz swoje Crembo?”..

Ciekawie prezentuję się izraelska gościnność. Nie tylko zaopiekowano się nami, wykarmiono i zadbano o to, by nasz wolny czas spędzony był jak najlepiej. Traktowano nas niczym dodatkowych członków rodziny, dano pełną swobodę w domu, wszystko na co tylko mogliśmy się natknąć było do naszej dyspozycji. Pobyt z izraelską rodziną był naprawdę niesamowitym przeżyciem, więc tak jak wielu z uczestników wymiany żałuję, iż nie dane nam było spędzić z naszymi gospodarzami więcej czasu.

 

Zuza Krzyklaska 3D

Młodym Polakom, zwłaszcza tym, mieszkającym w Krakowie Żydzi kojarzą się z szarymi

ulicami Kazimierza, synagogami i Holocaustem. Dzięki wymianie kiedy myślę o Żydach nie przychodząmi na myśl czarno ubrani, brodaci sklepikarze i bankierzy z pejsami, ale moi dobrzy przyjaciele.

Izraelczycy, których poznałam to bez wyjątku ludzie bardzo szczerzy, otwarci i przyjacielscy.

Już za nim doleciałam do Izraela spotkałam się z życzliwością dwójki młodych Izraelczyków,

siedzących obok mnie w samolocie. Bardzo łatwo było nawiązać z nimi swobodną rozmowę,

narzekać na niedobre jedzenie w samolocie, czy częstować się wzajemnie gumą do żucia.

Zaś w samym Izraelu, czy w autonomii Palestyńskiej, gdy idąc ulicą spojrzy się komuś w oczy, nie odwraca on wzroku, ale kłania się ze szczerym uśmiechem.

Miałam dużo szczęścia trafiając na miłą, Izraelską rodzinę ( rodzice i dwójka dzieci). Wszyscy byli niesamowicie mili i uprzejmi. Bardzo dużo się śmiali i żartowali.

Bardzo ciekawa dla Polaków była integracja z Izraelską młodzieżą. Bardzo ceni zabawę i

wspólne spędzanie czasu. W Izraelu, każdego dnia kolację jedliśmy wspólnie w jakiejś
restauracji lub spotykaliśmy się u kogoś w domu, zamawialiśmy jedzenie i bawiliśmy się żartując, opowiadając dowcipy, a nawet ucząc się wzajemnie polskich/hebrajskich słów czy piosenek.
Wszystkim nam było niezwykle przykro, ze nie mogliśmy spędzić razem więcej czasu.
Postanowiliśmy, jednak pozostać w kontakcie. Często kontaktujemy się przez Internet i
planujemy się odwiedzać. Spodziewamy się naszych przyjaciół z Yavne w Krakowie tej zimy, lub w wakacje.

 

Aga Kutrzeba 3A

Rodzina Sapir, u której mieszkałam z pewnością należała do barwnych. Gadatliwy ojciec, dorastająca córka, robiący karierę w Stanach syn i niesamowicie ciepła mama, która sprawuje pieczę nad wszystkim. Niestety podczas mojego pobytu tzw. szyja rodziny nie czuła się najlepiej i była zmuszona spędzić kilka dni w szpitalu. Pewnego dnia Sapir zapytała mnie, czy nie chciałabym odwiedzić jej mamy na oddziale, bo na pewno sprawiłoby jej to ogromną przyjemność. Naturalnie zgodziłam się i wraz z moją tymczasową rodziną wyruszyliśmy na odwiedziny. Zupełnie nieoczekiwanie to wydarzenie okazało się być najbardziej emocjonalnym podczas pobytu w Izraelu.

Na sali jej mamy leżały 3 inne kobiety. Kiedy przyszłam pokój był pełen. Krewni, przyjaciele, znajomi wszystkich trzech pacjentek zdawali się świetnie, a także swobodnie czuć w swoim towarzystwie. Wszyscy niezmiernie ucieszyli się na mój widok, każdy z nich chciał wiedzieć jak podoba mi się Izrael, co już zobaczyłam, a co jeszcze przede mną. Każdy się interesował zarówno moją wycieczką jak i życiem osobistym, szybko uznano mnie za ,,jedną z paczki", nie poczułam się tam ani przez chwilę obca. Już wtedy pomyślałam jakie to miłe nie doświadczać uczucia wyobcowania w innym kraju, ale prawdziwe ukłucie ciepła nadeszło około godzinę potem. Otóż przez ten czas trzy pacjentki (w tym mama Sapir) udowodniły jak radosnym można być, nawet gdy okoliczności nie należą do sprzyjających. Ciągle się śmiały, nawzajem malowały (chciały ładnie wyglądać przed młodą turystką z Polski!), rozmawiały o ubraniach i dyskutowały o kulinarnych przepisach (jak mi potem przetłumaczyła Sapir). Pokój bezustannie wypełniał się ludźmi, ciągle zjawiał się ktoś nowy, kto najzwyczajniej w świecie chciał sprawdzić jak się ma jego znajoma. Często nie byli to najbliżsi przyjaciele, ani rodzina. Panią, która zmagała się z chorobą oczu odwiedził chłopak jej córki, a do kobiety obok przyszła sąsiadka z własnoręcznie robionym humusem. Zaimponowała mi żydowska otwartość i sposób w jaki ci ludzie wspierają się wzajemnie w chwilach kryzysu. Mimo, że ten czas spędziłam na oddziale intensywnej terapii ani przez moment nie poczułam smutku- tak silny był bowiem optymizm, który bez przerwy wnosili ze sobą Izraelczycy. Rozmowy o ciastach, układanie fryzur, dyskusja o modzie, stosy przyniesionych domowych wypieków- to wszystko sprawiło, że jedyna łza, która mogła się zakręcić w oku to ze wzruszenia. Że są tacy na świecie, którzy zdają sobie sprawę z siły wsparcia i pozytywn ej energii.

 

Kalo Szpak 3A

Muszę się do czegoś przyznać. Czasami budząc się w nocy krzyczę: JESTEŚMY W IZRAEEELLUU! Po czym orientuję się, że pode mną, na piętrowym łóżku, nie śpi Lilit, która mamrocze, żebym wreszcie przestała gadać, a za oknem jest szaro, buro i zimno. Jeszcze większe zdumienie łapie mnie, gdy szukam drabiny, aby zejść z mojego… materaca na ziemi. Jednak nie jestem u Lilit. Już nie czeka w kuchni śniadanie, a lodówka świeci pustkami i wciąż słyszę zdanie Lilit „W Polsce jest zimniej niż w mojej lodówce!”. Woda w toalecie już nie jest mocno niebieska… Wszystko jakoś nie tak.

Lilit miała zwyczaj witać, żegnać mnie, a często i wplatać w pół zdania zwykłej rozmowy takie fragmenty jak: Feel at home! Don’t be shy! Do whatever you want! Na początku myślałam, że po pierwszym dniu jej przejdzie. Nic z tego. To były pierwsze słowa, jakie słyszałam po przebudzeniu.

Śniadanie było przesłodkie! I to dosłownie. Ja wiedziałam, że włosi tak robią… Ale żeby cała tabliczka czekolady na śniadanie? W sumie posiłki były podejrzane. Nie dość, że pyszne ( dostałam w końcu upragniony w autobusie makaron z serem!) to Lilit nie odpuściła żadnej okazji, żeby zrobić mi zdjęcie. jak jem. Wiem też, że nasi wszyscy „opiekunowie” mieli wspólny czat… Czy to możliwe, że wysyłali sobie nawzajem nasze zdjęcia, jak jemy z komentarzem w stylu: Jeszcze troszeczkę przytyje i będzie przepyszny! Albo: Tuczymy, tuczymy! Co prawda Lilit zaprzeczyła, Polaków nie jedzą, zbyt żylaści. Kto ich tam wie?

Podsumowując… JA CHCĘ JESZCZE RAZ! Nigdy nie zapomnę tych ludzi, ich uśmiechów i energii jaka od nich biła. Moje serce zostało w Izraelu! A to przecież wcale nie koniec! To dopiero początek!

 

Natalia Bukowska 3A

Zostałam przyjęta przez goszczącą mnie rodzinę niezwykle szczodrze i uprzejmie. Doświadczyłam z ich strony wiele troski i opieki. Noa, moja korespondentka, okazała się bardzo otwartą osobą, o szerokich zainteresowaniach, i sprawiła, że bardzo mocno się z nią zżyłam i przyjemnie spędziłam czas.

Jednym z najbardziej cennych doświadczeń, na tle naszego projektu budowania współpracy miedzy młodzieżą polską i żydowska po wspólnych doświadczeniach naszej nacji, była rozmowa z Noa, w której holocaust przewijał się jako doświadczenie, bliskie jej rodzinie i w pewien sposób wpisujące się w jej tożsamość, ale całkiem naturalnie - tak, jak w tożsamość wielu młodych ludzi w Polsce wkomponowane jest doświadczenie komunizmu poprzedniego pokolenia. Myślę, że ważne jest, aby nie mówić o holocauście w kategorii pomników, obowiązku pamiętanie, co rodzi sztuczność, ale w kontekście jednego z wielu czynników,
które budują nas i od których nie możemy się odsunąć, bo wiązałoby się to z okłamywaniem siebie. Nie wolno nam milczeć o holokauście, ale też nie możemy wspominać go tylko
z konwenansu wpisanego w społeczne poczucie moralności. Musimy o nim mówić z innego powodu: nie aby upamiętnić tragedię, ale żeby przywołać to, co jest częścią naszej tożsamości.

Ania Drabarek 3A

Mój partner z wymiany – Aviram był przemiłą osobą. Chociaż nasze zainteresowania, styl życia i osobowości bardzo się różniły, to jednak spędzony wspólnie czas wspominam bardzo miło. Cała rodzina była też niesamowicie pozytywnie nastawiona do mnie i do całego pomysłu wymiany. Można było autentycznie wyczuć ich radość z tego powodu, że mieszkam u nich w domu i że możemy spędzać wspólnie czas. Warto wspomnieć także o rodzicach Avirama. Byli dla mnie niesamowicie mili i naprawdę pozwolili mi poczuć się jak we własnym domu. Przez ten tydzień byłam częścią ich rodziny. Mogłam z nimi porozmawiać o błahostkach i o tym jak minął mi dzień, a także na poważniejsze tematy związane na przykład z różnicami w tradycji czy kulturze naszych krajów.

Najbardziej zapamiętałam ostatni wieczór – szabasowe popołudnie. Razem z koleżanką Avirama oraz jej partnerką z wymiany udałyśmy się do damskiej części synagogi. Cieszę się, że mogłam zobaczyć na własne oczy jak wygląda początek szabatu. Później, już razem z Aviramem wróciliśmy do domu, a jego mama przygotowała szabasową kolacje. Było wiele regionalnych potraw, a także tradycyjna modlitwa i czytanie Tory. Wspólne siedzenie przy stole, rozmowa oraz wymiana informacji na temat tradycji izraelskich i polskich była bardzo przyjemna, a przeżycie początku szabatu w izraelskim domu niepowtarzalne.

Magdalena Łenyk 2B

Czy ludzie, których spotkałam, relacje, które zawiązały się między nami są wyjątkowe? Bez wątpienia tak. Nie chodzi tu jednak tylko i wyłącznie o przełamywanie stereotypów, odkrywanie ciekawych tradycji, czerpanie garściami ze zderzenia kulturowego Polacy – Żydzi. Tym, co odróżnia tę wymianę od wszystkich innych była niepowtarzalna więź, która połączyła mnie (chociaż myślę, że mogłabym powiedzieć „nas”) z izraelską rodziną.

Wszystko zaczęło się od intensywnego mailowania – z początku bardzo standardowe przekazywanie informacji o zainteresowaniach oraz ilości rodzeństwa. Fakty z pozoru błahe, jednak dające mocno zarysowany obraz rodziny, w domu której było mi dane spędzić kilka wspaniałych dni. Przełomowym momentem elektronicznej, z początku, znajomości był fragment maila od mojego przyszłego hosta. „To zabawne, że większość ludzi na świecie uważa że my w Izraelu żyjemy w schronach na pustyni i na wielbłądach dojeżdżamy po wodę do wioski obok, więc nie chcę, żebyś była zdziwiona widząc logo Mc Donalda.” To zdanie było zupełnym przełamaniem bariery pomiędzy dwojgiem ludzi. Poczułam, że ten człowiek darzy mnie pewnym zaufaniem oraz wierzy w moją znajomość (generalną) świata. Cieszyło mnie to, że młody Izraelczyk ma tak ogromny dystans do siebie, swojego narodu i kraju. (Czyż nie jest prawdą, że mieszkańcy krajów zachodnich mają podobne wyobrażenie nt. Polski? ) oraz, że taka właśnie – żartobliwa, jest prawdziwa natura człowieka, który na co dzień żyje z myślą, że za rok on i jego koledzy pójdą do armii, gdzie mogą zginąć w obronie kraju, ale pomimo tego potrafi żartować, cieszyć się każdą chwilą.

Niezwykłym d la mnie odkryciem było to, że izraelscy uczniowie chcąc, abyśmy czuli się jak u siebie zorganizowali telefoniczną grupę, dzięki której mogli się swobodnie kontaktować między sobą by możliwie jak najdogodniej zorganizować nam czas, znowu, stawiając nasze potrzeby daleko przed swoimi. Może brzmi to bardzo prozaiczne, ale wydaje mi się, że my wszyscy właśnie w takich – drobnych gestach widzimy empatię i altruizm drugiego człowieka.

Jak upływał czas? Myślę, że gdy napiszę „miło”, będzie to lekkie niedomówienie. Rano – wspólne śniadanie i można tylko żałować, że tak mało czasu na spędzenie z rodziną. Wieczorem – szybki „wpad” do domu, wzajemne zdawania relacji z perypetii całego dnia, zawsze smaczna i niekonwencjonalna kolacja z hostem gdzieś „na mieście”, potem powrót do domu i dyskusje z rodziną na tematy kontrowersyjne i nie tylko. Oczywiście omówione zostać musiały: wojny w Izraelu, katastrofa smoleńska, polska polityka, życie w amii, nowinki techniczne, utyskiwanie na rząd i pogodę, moje wrażenia z tego, co akurat zwiedziłam, ulubiony smak pizzy, a także komentowanie doniesień prasowych na temat nowego, udanego lub nie ataku bombowego.

 

Wydarzenie, które zapamiętam do końca życia? Z pewnością wiele, jednak jednym z bardziej znaczących byłą bez wątpienia kolacja paschalna. Ostatni, piątkowy wieczór spędzony razem, moją (wiem, iż jest to nadużycie) rodzina postanowiła uczcić tradycyjnie celebrowaną paschą. Specjalnie na tę okazję zawitali rodzice ojca mojego hosta, z pochodzenia Polacy, jednak w ojczystym języku nie mówiący. Szkoda czasu na opisywanie po kolei wydarzeń tamtego wieczora, gdyż myślę, że większość z nas doskonale zdaje sobie sprawę jak taka kolacja wygląda.

Myślę, że o ogromnej sile więzi, która wytworzyła się między mną a rodziną, z której gościnności miałam przyjemność korzystać jest fakt rezerwowania biletów lotniczych do Izraela na czerwiec przyszłego roku. Doszło do tego gdy tylko okazało się, że mój host ze względu na liczne zobowiązania nie będzie mógł przylecieć odwiedzić mnie w Polsce. Ponowne zaproszenie do siebie było dla mnie naprawdę dużym (i jakże miłym) zaskoczeniem.

Justyna Wójcik 3A

....Stojąc przed Ścianą Płaczu zapomniałam, że jestem katoliczką, a kobiety które stoją obok mnie to Żydówki. Liczyła się tylko wiara w Jednego Ojca, Jednego Boga. Yad Vashem – trudno o bardziej przemawiające do wyobraźni miejsce na temat Holocaustu. Nie odwołuje się do drastycznych lub wręcz agresywnych obrazów, przemawia do rozsądku, wyobraźni i serca, i tym sprawia że się wierzy w to co widzimy. Masada – fascynująca historia połączona z niezapomnianymi widokami, a do tego Morze Martwe, czyli „przyjemna zabawa z błotkiem”....

Przed wyjazdem bardzo obawiałam się tego spotkania. Co prawda mieszkałam u mojej rodziny tylko przez tydzień, ale to nie zmienia faktu, że przyszłam do ludzi, których łączą silne więzi, którzy mają pewne ustalone zasady, których ja nie znam. Do ludzi, którzy są z innego kraju, innego kontynentu, mają inne zwyczaje i wyznają odmienną religię. Bardzo dużo różnic kulturowych, które mogą spowodować wiele nieporozumień. Na szczęście bardzo się myliłam. Nie mogłam lepiej trafić. Ani razu nie pozwolili mi czuć się jak obcy w ich domu. Wręcz przeciwnie czułam się jak członek rodziny. Bardzo się do nich przywiązałam, o czym najlepiej świadczy sytuacja, gdy wracaliśmy z Jerozolimy: byłam przemęczona i zmęczona, i myślałam o jednym: wrócić do domu. Ale nie miałam na myśli domu polskiego, tylko … dom izraelski. Bardzo za nimi tęsknie i mam nadzieję, że będę mogła kiedyś jeszcze raz ich uściskać. Opiekowali się mną, troszczyli o mnie i pozwolili być częścią swojego życia, za co bardzo, bardzo jestem im wdzięczna. Mogę przyznać z całą pewnością, że to właśnie dzięki nim ten wyjazd był niezwykły i na zawsze pozostanie w mojej pamięci.

 

Marta Kasprzycka 2B

Pamiętam, że kiedy w październiku dowiedziałam się o wymianie ze szkołą z Izraela, od razu wiedziałam, że muszę w niej wziąć udział. Zainteresował mnie nie tylko bogaty program tej wycieczki, ale również, w zasadzie chyba przede wszystkim, fakt, że nie będziemy mieszkać w hotelu, ale w żydowskich rodzinach.

Oczywiście nie obyło się bez wahania, czy na pewno to jest to, czego chcę, czy warto, bo w końcu koszty nie były małe i muszę się przyznać, że będąc zapisaną na wstępną listę, wysłałam e-maila do pani profesor z rezygnacją (ale byłam głupia!). Na szczęście w sobotę, czyli kolejnego dnia, poszłam po rozum do głowy i z bijącym sercem zadzwoniłam do prof. Skorczyńskiej modląc się, żeby moje miejsce nie zostało jeszcze zajęte- nawet sobie nie wyobrażacie jak się cieszyłam, kiedy udało mi się powrócić na listę osób, które 11.11. miały polecieć do Ziemi Świętej.

No i stało się, w piątek, kiedy Polska świętowała kolejną rocznicę odzyskania niepodległości, nasza grupa wystartowała z warszawskiego Okęcia w kierunku Tel Avivu. Na miejscu byliśmy w sobotę o świcie i na najbliższe dwa dni mieliśmy zaplanowaną wyprawę na północ Izraela- naszym celem była Tyberiada, gdzie mieliśmy spędzić pierwszą i jedyną noc w hotelu. Wydaje mi się, że powinnam zaznaczyć iż ta wymiana, to był mój pierwszy wyjazd tego typu- owszem, zdarzało mi się w domu gościć kolegów z zagranicy, ale nigdy ja nie mieszkałam u kogoś. Muszę się przyznać, że miałam spore obawy językowe, ponieważ mój angielski nie jest wybitny, ba, powiedziałam bym nawet, że bardzo dobrym też go ciężko nazwać, ale teraz, kiedy jestem już w Polsce muszę przyznać, że czuję jego poprawę i jestem bardzo zadowolona, bo na miejscu też całkiem nieźle sobie radziłam 

Z naszymi rodzinami spotkaliśmy się w niedzielę wieczorem- moja Lior, moja siostra, bo teraz tak o niej mówię, rzuciła mi się na szyję, przytuliła i powiedziała, że nie mogła się doczekać, kiedy pozna mnie osobiście (wcześniej rozmawiałyśmy dzięki Facebook’owi)- niby proste słowa, ale zrobiło mi się bardzo przyjemnie, a wszystkie wcześniejsze obawy dotyczące tamtejszych ludzi, bezpieczeństwa w tym kraju, no i oczywiście mojego języka, zniknęły. Pamiętam, jak miło było mi słyszeć, kiedy jej rodzice witali mnie i mówili, że bardzo się cieszą, że mogą mnie u siebie gościć, że mam się tam czuć jak we własnym domu- bardzo szybko tak się stało. Z resztą odnosi się to nie tylko do rodziny- przyjaciele i znajomi mojej siostry również przyjęli mnie jak swoją dobrą znajomą- do dzisiaj mamy ze sobą kontakt i planujemy się zobaczyć.

 

Chciałabym jednak szczególnie opisać sytuację, która we mnie, osobie, która nie lubi okazywać swoich emocji, która raczej jest uznawana za „twardą”, wywołuje drżenie głosu i sprawia, że w oczach mam łzy. W trakcie ostatnich chwil w moim domu, z rodziną, kiedy Lior i 15 letnia Yuval pomagały mi się pakować, ich młodsze siostry i rodzice oglądali, na parterze, film. Pamiętam, że potrzebowałam coś z kuchni, więc zeszłam na dół, a kiedy chciałam wejść na schody najmłodsza z sióstr, 5 letnia Talia, powiedziała coś po hebrajsku patrząc na mnie ze smutną miną. Yuval przetłumaczyła, że mała nie chce, żebym wyjeżdżała, bo mnie kocha i chce, żebym z nimi na zawsze została. Nie jestem w stanie, nie znam słów, które mogłyby opisać jak się wtedy czułam. Podeszłam do małej, a ta przytuliła mnie i nie chciała puścić ;)

 

Niedługo później musieliśmy wychodzić z domu- Ariel, która ma 10 lat, zasnęła i nie pojechała z nami, ale najmłodsza z nich ubrała na piżamę kurtkę, założyła buty i prawie całą rodziną pojechaliśmy na miejsce zbiórki. Tam kolejne wzruszenia, kolejne łzy- dostałam piękne kolczyki od nich i zaproszenie do Izraela.

Uważam, że ta wymiana to naprawdę świetna sprawa, bo poza nowymi znajomościami, poza doświadczeniami i nauką, którą tam zdobyliśmy, przełamaliśmy stereotypy, które były, dalej są, sporym problemem w naszym społeczeństwie. Żydzi to naprawdę NORMALNI ludzie, którzy również mają swoje pasje, zainteresowania, rodziny, po prostu życie.....

 

10000000000001C50000012FBD70250B.png