Wymiana V LO z Hunterdon Central High School w USA

Dodane 21.10.2011 przez Bartosz Biegun

 

Lekcje trwają po 80 minut, Amerykanie mają codziennie te same 4 przedmioty, po niecałych trzech miesiącach wybierają sobie nowe. Trzeba przyznać, że asortyment jest zaskakująco duży - oprócz klasycznych przedmiotów, jakich uczymy się w Polsce, można wybrać bardziej specjalistyczne lub zupełnie kosmiczne - gotowanie, podstawy medycyny sądowej czy Project Adventure. Zachęcony interesującą nazwą (od razu skojarzyła mi się z Indianą Jonesem) bez chwili wahania podążyłem za grupą amerykańskich uczniów do sali gimnastycznej i nieco się zawiodłem. Nie tylko ja, zresztą - towarzyszyła mi grupka zaskoczonych Polaków. Otóż wuefista zmusił wyobraźnie swych podopiecznych do intensywnego działania - mieli sobie wyobrazić, że mata i przyrządy gimnastyczne to rwąca rzeka, przez którą muszą się przedostać skacząc po kamieniach. Nie mogli wpaść do wody (wtedy trzeba było zaczynać od początku) ani - o zgrozo - dotknąć czyhającego na nich krokodyla (wtedy cała grupa musiała zaczynać od nowa).

Oprócz nudnych lekcji i godzin spędzonych na poznawaniu uroków codziennego życia przeciętnych mieszkańców New Jersey łaskawy los pozwolił nam zobaczyć również trzy ważne miasta - Waszyngton, Filadelfię i Nowy Jork. Wycieczka do stolicy Stanów Zjednoczonych pozostawia pewien niedosyt - na dokładne przejście przez niekończące się muzea Smithsonian Institution potrzeba kilku dni. Na szczęście bardzo dokładnie zwiedziliśmy Capitol, w którym mieliśmy przyjemność obejrzeć pasjonujący, wręcz porywający film pokazujący w całej krasie wspaniałość Ameryki. Deklaracja Niepodległości zachwycała jeszcze dziesięć lat temu, ale po premierze filmu Skarb Narodów turyści (zamiast zachwycać się bodaj najważniejszym dokumentem w historii nowoczesnej demokracji) zastanawiają się przede wszystkim, czy na odwrocie rzeczywiście można znaleźć wskazówki dotyczące ukrytych kosztowności templariuszy.

Nie do końca zrozumieliśmy, dlaczego zamiast drugiego dnia w Waszyngtonie, pojechaliśmy do brudnej i śmierdzącej Filadelfii. Zobaczyć Dzwon Wolności? Wychowani w Krakowie, gdzie możemy być dumni z naszego dwunastotonowego Zygmunta, nie umiemy zachwycić się niewielkim dzwonkiem, niezależnie od tego, jakie ma znaczenie dla naszych amerykańskich przyjaciół. Przynajmniej filadelfijskie kanapki z serem i bekonem są jedyne w swoim rodzaju, a hotel, w którym spędziliśmy noc należał do tych całkiem luksusowych.

Do Nowego Jorku każdy miał dotrzeć na własną rękę - a właściwie na rękę Amerykanów. Decyzja rzeczywiście rozsądna - miasto to jest na tyle duże, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie i nie będzie musiał niczego poświęcać na rzecz idei wspólnego zwiedzania. Jedynym punktem wspólnym była kolacja w Planet Hollywood przy Times Square. Tak, przy tym sławnym Times Square, a dla nas już na zawsze OSŁAWIONYM Times Square. BO jakiego pecha trzeba mieć, żeby będąc w Stanach pierwszy raz trafić na próbę zamachu terrorystycznego. Pewien arabski ekstremista wymarzył sobie śmierć setek przechodniów akurat w dniu, kiedy przyjechaliśmy i akurat w miejscu, w którym jedliśmy obiadokolację. Samochód, w którym zostawił ładunki wybuchowe stał pod restauracją, w której nieświadomi niebezpieczeństwa pożeraliśmy niezbyt zdrowe posiłki. Dzięki Bogu zamach nie wyszedł, ale i tak musieliśmy czekać parę godzin, aż przedstawiciele NYPD wypuszczą nas z lokalu. Za to widzieliśmy coś, czego nawet dziewięćdziesięciu dziewięciu procentom Nowojorczyków widzieć nigdy nie będzie dane - pusty Times Square. Z drugiej strony, niespodziewany punkt programu pokrzyżował mi nieco plany i musiałem zrozpaczony opuścić Miasto, Które Nigdy Nie Śpi nie zobaczywszy Statuy Wolności.

Nie będę standardowo wylewał łez nad tym, jak szybko minęło te 10 dni w USA, na koniec dodam jedynie, że nigdy w życiu nie widziałem tak długiego pożegnania i przykrego rozstania. Staliśmy pod autobusem, który miał nas zawieźć na lotnisko, ponad godzinę, przytulając się i płacząc. Ze wstydem muszę przyznać, że poznałem wtedy trzy osoby, o których istnieniu przez mój pobyt nie miałem zbyt dużego pojęcia. W końcu kierowcy stracili cierpliwość i musieliśmy odjechać. Dość szybko smutek został zastąpiony przez stres - czy aby na pewno każdemu uda się zmieścić w limicie 23 kg bagażu? Dzięki naszemu sprytowi tylko jedna osoba wróciła do Polski z nadbagażem, a dokładniej rzecz ujmując - z dwoma walizkami. Tym sposobem zakończyła się nasza przygoda z Amerykanami - jak się okazało tylko teoretycznie, jako że dość często kontaktujemy się z przyjaciółmi zza Oceanu, a poza tym sami stworzyliśmy mocny American Team.

 

Autor: Krzysztof Juruś, kl. 1A