Wymiana V LO z Hunterdon Central High School w Polsce

Dodane 21.10.2011 przez Bartosz Biegun

- Nareszcie! - dało się słyszeć chwilę po odjeździe Amerykanów spod stadionu Cracovii. Nie myślcie sobie, że ich nie polubiliśmy - każdy, kto kiedyś brał udział w wymianie wie, jak wielkim wysiłkiem trzeba zapłacić za przyjemność obcowania z zagranicznymi znajomymi; tym razem resztka wymarzonych godzin snu została skradziona przez przedświąteczne zamieszanie oraz (w przypadku czternastu osiemnastych członków American Teamu) zbliżającą się maturę. Z Amerykanami wszystko poszło dobrze, ze świętami chyba też, więc nie ma powodów, żeby przypuszczać, że z maturą pójdzie gorzej.

Termin wyjątkowo niewygodny, my jednak czuliśmy potrzebę pokazania naszego kochanego, pięknego (choć ponoć nieco dzikiego) kraju z jak najlepszej strony. A konkurencja była spora, biorąc pod uwagę drobny szczegół, że Amerykanie mieli przyjechać do Polski pociągiem z PRAGI, która od dawien dawna spiera się z Krakowem o miejsce na szczycie rankingu najpiękniejszych środkowoeuropejskich miast. Trzeba się było - wybaczcie kolokwializm - wziąć do roboty, a czasu było podwójnie niewiele.
Po pierwsze - ludzie mają okropny nawyk budzenia się z ręką w nocniku. Niektórzy pechowcy budzą się z obydwoma złamanymi rękami w sedesie, ale dzięki Bogu (a właściwie dzięki nieustannej motywacji ze strony organizatorek) zatrzymaliśmy się na poziomie nocnika. Od początku roku szkolnego wmawialiśmy sobie, że mamy jeszcze tyyyyyyyyyyyyle czasu, wyrobimy się bez problemu. Takie myślenie zazwyczaj prowadzi do kwestii typu "JEZUS MARIA! ONI JUTRO PRZYJEŻDŻAJĄ, A MY NIE JESTEŚMY W OGÓLE PRZYGOTOWANI!". Na szczęście dość często o obowiązkach przypominały nam Panie Profesor (zorganizowaliśmy nawet stoisko z ciasteczkami parę miesięcy temu) i w końcu przyjęliśmy przyjaciół zza Oceanu przygotowani jak rzadko. Więc nawet gdy dotarła do nas niespodziewana wiadomość, że Amerykanie przyjeżdżają pół godziny wcześniej, nie wpadliśmy w panikę. Z małymi wyjątkami. Wcześniejszy przyjazd okazał się zresztą wyssaną z palca bajeczką - każdy, kto mieszka w Krakowie wie, że pół godziny wcześniej plus przejazd przez aleje to w gruncie rzeczy piętnaście minut później. 
Po drugie - na doświadczenie na własnej skórze potężnej i wyjątkowej magii Krakowa Amerykanie mieli nieco ponad cztery dni. CZTERY DNI na odwiedzenie najważniejszych miejsc w królewskim mieście, zobaczenie wystarczająco wielu zabytków, żeby nie żałować przyjazdu i przy okazji odnalezienie w Polsce przyjaciół na całe życie. 
W programie każdej wymiany jest punkt, który niezmiernie mnie bawi: zwiedzanie szkoły. Nie bardzo wiem, co w skromnych murach Piątego Zakładu jest do zwiedzania (może poza gabinetem dyrektora, ale z tego co słyszałem, nie każdego tam wpuszczają). Mimo moich małych wątpliwości pokornie przyprowadziłem "moją" pod szkołę (rzadko używaliśmy imion, staraliśmy się raczej mówić "moja", "twój"; w przeciwnym razie mogliby się na przykład zorientować, że ich obgadujemy - swoje imiona zazwyczaj rozumieli) i tym samym rozpoczęła się ich krakowska przygoda.
Standardowa lista zabytków, przyjęcie powitalne w szkolnej auli, potem wyjście do miasta w celu skosztowania smaku Krakowa po zmroku - wtorek minął zdecydowanie zbyt szybko. W środę nasi amerykańscy przyjaciele musieli zostać dostarczeni pod stadion Cracovii, skąd hipernowoczesny autokar dowiózł ich do Oświęcimia.
Zamieszanie związane z ostatnim dniem trzecioklasistów w naszym wspaniałym liceum nie przeszkodziło Amerykanom posmakować polskich lodów. Wieczorem fani nietypowej muzyki dawnej mieli okazję do radości, a ci lubujący w zupełnie innych klimatach - świetną okazję do długo wyczekiwanej drzemki: koncert Jordiego Savalla (najprawdopodobniej najlepszy i wcale nie jedyny wirtuoz violi da gamba) i jego fenomenalnego zespołu w ramach cyklu Misteria Paschalia.
W czwartek - wreszcie wolni od szkoły - wyruszyliśmy do Wieliczki, gdzie (prawie) zupełnie niespodziewanie w drzwiach minęliśmy polsko-amerykański zespół nauczycieli. Parę godzin spędzonych pod ziemią i w końcu prawdziwie przerażający zdaniem Amerykanów powrót starą windą na powierzchnię najprawdopodobniej będą się śniły naszym zagranicznym gościom.
Zakupy, przyjęcie, noc, odstawienie Amerykanów na Szeroką, chwila oddechu, panika związana ze zmianą planów (Odbieramy Amerykanów spod Fabryki Schindlera, nie z Szerokiej! - Eeee... Gdzie jest Fabryka Schindlera? - słyszałem to ponad dziesięć razy), zakupy, przyjęcie, noc, odjazd - tak wyglądały (wcale nie w skrócie) - ostatnie chwile z Amerykanami. Czas gonił nieustannie i bezlitośnie. Ale będzie co wspominać.
Wszystkim obecnym pierwszoklasistom polecam nietypową wymianę ze Stanami. Oprócz samego faktu odwiedzenia Nowego Świata i zawarcia wielu znajomości niewątpliwym plusem jest zdjęcie do wizy, na którym każdy wygląda jak terrorysta. Jest więc o co się starać!

Autor: Krzysztof Juruś, kl. 2A